Tu możesz porozmawiać na różne tematy niezwiązane z łuszczycą.
#36241
Nie jestem typem faceta, który płacze nad rozlanym piwem. Ale w zeszłą sobotę byłem blisko.

Mam dwadzieścia dziewięć lat, od małego gram na gitarze. Nie zawodowo – amatorsko, w garażu z kumplami. Raz na rok udaje nam się zagrać w jakimś małym klubie na przedmieściu. I właśnie ten koncert miał być naszym powrotem po dwóch latach przerwy. Mieliśmy grać w „Pod Jaszczurem”, lokalnym barze z [cenzura] sceną i nagłośnieniem, które trzeszczy przy każdym basie. Ale to nasze. Ściany pamiętają nasze porażki. I tę jedną wygraną, gdy przyszło czterdzieści osób.

Przygotowywaliśmy się trzy miesiące. Ja na gitarze prowadzącej, Marek na perkusji, Kuba na basie. W piątek przed koncertem Kuba dzwoni: „Nie jadę. Mam zapalenie płuc, ledwo stoję”. Od razu pomyślałem: kto nas zastąpi? Nauczyć kogoś naszego setlisty w jeden dzień? Niemożliwe.

Zadzwoniłem do reszty. Marek powiedział wprost: „Odwołujemy. Bez Kuby to nie ma sensu”. Wiedziałem, że ma rację. Ale czułem taki żal, że chciało mi się rzygać. Ten koncert był dla nas jak święto. T-shirt z nazwą zespołu, nowe kostki do gitary, nawet kupiłem nowe struny.

Siedziałem w pokoju w sobotę wieczorem. Gitarę postawiłem w kącie. Nawet na nią nie patrzyłem. Żona poszła do kina z siostrą, byłem sam. Włączyłem telewizor, nic ciekawego. Przewijałem telefon, nuda. I wtedy przypomniał mi się facet z pracy – Darek z magazynu, który ciągle opowiada o swoich wieczornych wygranych. Mówił coś o kodach promocyjnych, że można wejść, wpisać kod i dostać jakieś darmowe zakręcenia. Zapamiętałem tylko, że używał vavada promo code kilka razy i za każdym razem wychodził na zero.

Pomyślałem: dobra. Przegrałem koncert. Przegram jeszcze pięć dyszek. Co mi tam.

Wszedłem na stronę. Zarejestrowałem się w trzy minuty. Na stronie głównej od razu wyskoczyło okienko: „Masz kod promocyjny? Wpisz tutaj”. Nie miałem żadnego. Ale otworzyłem nową kartę, wpisałem w wyszukiwarkę vavada promo code, znalazłem jakiś blog z listą kodów. Pierwszy był nieaktywny. Drugi też. Trzeci – zadziałał. Dostałem jakieś dwadzieścia darmowych spinów bez depozytu.

To było głupie. Małe pieniądze. Ale zrobiło mi się cieplej w środku.

Zacząłem kręcić. Darmowe spiny na automacie z egipskimi symbolami. Sfinksy, piramidy, te sprawy. Wygrałem może dwadzieścia złotych. Postanowiłem wpłacić od siebie kolejne pięćdziesiąt. Dodałem vavada promo code jeszcze raz, tym razem na depozyt – system dopisał mi bonus. Miałem łącznie około dziewięćdziesięciu złotych do gry.

Nie spodziewałem się cudu. Traktowałem to jak przerywnik między żalem a kolejnym piwem.

Postawiłem wszystko na jednego slota. Nie pamiętam tytułu, był jakiś kowboj. Kręciłem po dwa złote. Saldo skakało – osiemdziesiąt, czterdzieści, siedemdziesiąt, trzydzieści. Byłem w połowie, miałem może czterdzieści złotych, gdy nagle trafiłem rundę bonusową. Nie darmowe spiny, tylko wybór przedmiotów. Kliknąłem rewolwer. Ekran drgnął. Saldo skoczyło na 430 złotych.

Siedziałem w fotelu. Gitara stała w kącie. A ja patrzyłem w ekran i nie wierzyłem.

Wypłaciłem trzysta. Zostawiłem sto trzydzieści. Nie dlatego, że byłem chciwy. Dlatego, że chciałem sprawdzić, czy to był fart, czy może jakaś logiczna passa. Postawiłem dwadzieścia zakładów po parę złotych. Przegrałem prawie wszystko. Zostało mi czterdzieści złotych. Wypłaciłem i je.

Zamknąłem stronę o północy.

Następnego dnia rano zadzwoniłem do Kuby. Powiedziałem mu o wygranej. Zaśmiał się, że to śmieszne, że koncert nie wypalił, a kasyno tak. Ale ja wiedziałem, że to nie było śmieszne. To było zastępstwo. Sposób na to, żeby nie myśleć o pustej scenie i nieudanym powrocie.

Za wygrane kupiłem nowy kabel do gitary (stary trzeszczał przy każdym przesterze) oraz dwie pakiety perkusyjnych pałek dla Mirka, bo jego stare były wytarte do gołego drewna. Resztę, jakieś sto dwadzieścia złotych, zostawiłem na koncie. Nie wiem na co. Może na nowe struny.

Minęły dwa tygodnie. Nie grałem już ani razu. Nie czuję takiej potrzeby. vavada promo code był dla mnie jak ten jeden papieros po imprezie – wiesz, że nie jesteś palaczem, ale tamtej nocy po prostu potrzebowałeś czegoś, co trzyma ręce zajęte.

Czy żałuję? Nie. Czy polecam hazard zamiast koncertów? Oczywiście, że nie. Ale czasami życie odwołuje wasze plany. I wtedy albo siedzicie i patrzycie w ścianę, albo znajdujecie jakiś głupi, krótki sposób, żeby odzyskać odrobinę kontroli.

Ja wybrałem kod. Wygrałem trochę. I odłożyłem gitarę na miejsce. Na razie. Bo nowy koncert planujemy za miesiąc. Tym razem bez vavada. Tylko my, głośniki i ta jedna ściana, która nas pamięta.